Julia
 Fiedorczuk
Czytanie dla przyjemności. ? propos Jesieni Zuzanny Adama Zdrodowskiego
Muzyka dominuje tu nad semantyką, sensy słów są drugorzędne wobec ich brzmienia, ale to nie znaczy, że sensu nie ma. Tym, co do nas w kółko wraca za sprawą kolistego ruchu vilanelli jest sen.

 

Po co czytać Raymonda Roussela? Harry’ego Matthewsa? Ezrę Pounda? A Sosnowskiego, Andrzeja, po co czytać? Ashbery’ego? A jak już człowiek przeczytał wyżej wymienionych, przeczytał Johna Cage’a i Elizabeth Bishop, to po co jeszcze czytać Zdrodowskiego? Moja odpowiedź jest prosta i brzmi: dla przyjemności czytania.

Poezja Adama Zdrodowskiego wpisuje się w nurt pisania proceduralnego, nurt oulipowski, któremu oczywiście przyświeca wiecznie żywy duch Raymonda Roussela. Autorzy, których wymieniam na wstępie, ocierają się, w mniejszym lub większym stopniu, o tę poetycką (anty)tradycję. Na czym polega pisarstwo proceduralne nie będę w tej chwili wyjaśniać, zakładając, że czytelnik i czytelniczka są już w temacie zorientowani. Chciałabym jednak poruszyć dwie sprawy, które, jak sądzę, dotykają samej istoty interesującego nas tutaj zjawiska. Po pierwsze, chodzi mi o nacisk, jaki ten rodzaj poezji eksperymentalnej kładzie na przyjemność płynącą z pisania i czytania (Roland Barthes przypomina nam, że granica między tymi czynnościami jest w gruncie rzeczy iluzoryczna). Po drugie, o wysunięcie na pierwszy plan kwestii technicznych, a więc dotyczących sfery techne. Pisanie, w wykonaniu oulipijczyków i dusz im pokrewnych, jest przede wszystkim rzemiosłem, rękodziełem, czyli sztuką w najczystszej postaci.

Proponuję otworzyć Jesień Zuzanny na stronie, powiedzmy, 23. Oto początek wiersza “Vilanella”:

Lekko idziemy przez coraz lżejsze dni:
ranek jest nierealny, wieczór to przedmowa
do snu, co już miał się nie śnić, ale wciąż się śni.

Trzynaście jednosylabowych słów w trzeciej linijce skłania do bliższego przyjrzenia się budowie tej zwrotki. Liczę sylaby: 11, 13, 13. Ten układ powtarza się w wierszu bardzo konsekwentnie, a towarzyszy mu nienachalna regularność akcentów. Wiersz niemalże sylabotoniczny, popadający miejscami w iście sielankową melodyjność (weźmy za przykład trzecią linijkę cytowanej strofy). Powtarzalność liczby sylab i rozmieszczenia akcentów współgra z naturalnym dla vilanelli recyklingiem wersów i rymów, przeprowadzonym w wierszu Zdrodowskiego niezwykle skrupulatnie. Efekt jest wyśmienicie śpiewny, cokolwiek jak “mowa kwiatów” z drugiej zwrotki, w której muzyka zapewne dominuje nad semantyką. Nie wolno przeoczyć nagromadzenia miękkich (nosowych i syczących) brzmień, a także aliteracji.

Zacytuję teraz pierwszą linijkę czwartej zwrotki:

Coś chce przygasać, coś w dali dalej lśni

Zwróćmy uwagę na trzykrotne powtórzenie głoski “l” i podwójne “d” w końcówce tego wersu, a także na trzykrotnie wyszeptane “ś” (wzmocnione jeszcze przez “ć” na końcu bezokolicznika “przygasać”). Efekt jest taki, jakby ktoś chciał śpiewać, “l”, “l”, “l”; “la, la, la”, “da” “da”, podczas gdy ktoś inny pragnie ciszy, ćśśś… innymi słowy, “coś chce przygasać, coś w dali dalej lśni”. “Da – li – da.”

Muzyka dominuje tu nad semantyką, sensy słów są drugorzędne wobec ich brzmienia, ale to nie znaczy, że sensu nie ma. Tym, co do nas w kółko wraca za sprawą kolistego ruchu vilanelli, jest sen, “co już miał się nie śnić, ale wciąż się śni”. Ciekawe, co to znaczy, że sen “miał się już nie śnić”? Czyżby chodziło o to, że przecież darowaliśmy sobie już ten sen, tym czasem on (sen) wciąż do nas wraca? Jak wiersz? Jak przemycone za pomocą rymu echo słowa w innym słowie? Jak sens w pozornie bezsensownej piosence o śnie? Podobieństwo brzmieniowe pomiędzy wyrazami “sen” i “sens” z pewnością jest wyłącznie przypadkowe, ale czy przez to pozbawione znaczenia? A może powracający sen jest objawem przymusu powtarzania wynikającego z jakiejś zadawnionej traumy? Słyszymy przecież w “Vilanelli” Zdrodowskiego echa znanego “traumatycznego” wiersza Elizabeth Bishop, “One Art”.

Nawiasem mówiąc, prawie wszystko w Jesieni Zuzanny jest swego rodzaju echem, cytatem, aluzją. Wyjaśnianie licznych intertekstualnych nawiązań, które są tu obecne, stanowiłoby z całą pewnością dobrą lekcję uważnego czytania, nie sądzę jednak, aby nasza przyjemność zależała od sukcesu w tym przedsięwzięciu. Autor porozrzucał w tekście najróżniejsze zagadki i chociaż czasami – kokieteryjnie – podrzuca nam klucz (otwarcie czyni to w wierszu “The Business of Darkness, czyli jesień Zuzanny” na stronie 28), to przecież ów klucz pozostaje pogrzebany pod stertą pięknych słów, w co najmniej trzech językach – polskim, francuskim, angielskim… a czasem, najczęściej, pomiędzy tymi językami, w ziemi niczyjej.

Odnalezienie klucza, zidentyfikowanie takiej czy innej, zainspirowanej przez Roussela lub Cage’a metody, nijak nas nie przybliży do źródła sensów i brzmień pochwyconych w formę wierszy w nowym tomiku Zdrodowskiego. Źródło, jak zawsze, pozostaje poza zasięgiem autora i czytelniczki. Ale nie ma powodu, żeby sobie tym zawracać głowę, bo nie chodzi tu o tęsknotę za źródłem, ale o radość pluskania się w czystej, a choćby i mętnej, wodzie. Reasumując: Adam Zdrodowski pisze śliczne wiersze. Mało? Kto tak uważa, niech spróbuje napisać ładniejsze.