Szkice

Recenzje

OPINIE O KSIĄŻKACH

Karol
 Maliszewski
Niepewność siebie i świata
O czym opowiadają wiersze w tomiku zdającym się być jednym z ciekawszych debiutów poetyckich mijającego roku? O małych dziewczynkach i ich traumatycznych przygodach, o uderzeniach światła w oczy, o tym, jak straszna jest cisza, która zapada...

 

W Zapaści Joanny Lech ktoś rwie się do życia, najczęściej mówiąc o śmierci, przemijaniu, zasypianiu. I nawet nie widzi w tym paradoksu.

O czym opowiadają wiersze w tomiku zdającym się być jednym z ciekawszych debiutów poetyckich mijającego roku? O małych dziewczynkach i ich traumatycznych przygodach, o uderzeniach światła w oczy, o tym, jak straszna jest cisza, która zapada, gdy nie mamy nic do powiedzenia, albo właśnie mamy za dużo, tylko brakuje nam słów. To jest poezja brakujących słów. Co może dziwić, gdyż na pierwszy rzut oka wydaje się, że słów jest za dużo. Najwięcej mówi się o rozkładzie złudzeń dotyczących wartości życia i smaku bycia dorosłym. Autorka Joanna Lech dorzuca w tytule zbiorku następne źle kojarzące się słowo. Tym słowem jest “zapaść”.

Po cóż ja państwu polecam jeszcze jeden dołujący, niejasny tomik poetycki, po co reklamuję hermetyzm prywatnych obsesji? Nowa poezja polska wygląda mi na bezludną i opuszczoną. Interesują się nią fachowcy brani za masochistów. Bardzo by się jej przydało świeże spojrzenie zwykłego czytelnika. Bardzo by się jej przydały gwizdy lub oklaski. Cokolwiek.

Te wiersze brzmią jak dobrze odrobione zadanie domowe absolwentki Studium Literacko-Artystycznego przy Uniwersytecie Jagiellońskim, znakomicie obeznanej z modnymi dykcjami poetyckimi ostatnich lat. Takich imitatorskich talentów mamy wiele. Za takie predyspozycje nie dostaje się prestiżowej Nagrody Bierezina. Musi tu być coś więcej, skoro jury wyłuskało projekt autorki z Rzeszowa i nagrodziło tomikiem. I szczególnie nie trzeba się wysilać, żeby tę wartość dodatkową znaleźć. Tworzą ją takie cechy jak konsekwencja obrazowania, precyzja wyrażania momentalnych stanów psychicznych, powtarzalność obsesji. To wszystko składa się na wrażenie obcowania z czymś autentycznie niepewnym siebie, słów i świata, z czymś wiarygodnie rozdartym i szczerze neurotycznym. I jakby pozapłciowym. Mimo żeńskich końcówek myślę o bohaterce (-erze) jak o doskonale obłym stworzeniu mającym na obronę swego niekoniecznego istnienia tylko słowa. Płeć zaciera się po to, by przemówiło słowo uwolnione od obyczajowego balastu. Mityczna dziewczynka, do której się wraca i prosi o kontakt, o zrozumienie, jest w takim samym stopniu chłopczykiem. Figura dzieciństwa niczego nie usprawiedliwia i niczego nie wyjaśnia; ot, czuła archeologia, motywacja obsesji, tło zgorzknienia. Tymczasem prawdziwe życie toczy się w trzech żywiołach, które są w nas i w otaczającym świecie. Woda, powietrze, światło. Każdym z tych żywiołów można się zachłysnąć, zadławić. Są opresyjne, mogą znienacka uderzyć. Woda zatapia, sprzyja gniciu, jest promotorką rozkładu. Powietrze w tych wierszach rzadko kiedy bywa spolegliwe. Najczęściej jest za ostre, takie, które dusi. Chyba tylko ze światłem można się dogadać. Gotowe jest na to, żeby coś odpowiednio oświetlić, pomaga wyjść z mroku, obłaskawia ciemność. Wydaje mi się, że determinizm żywiołów zaczyna w pewien sposób wpływać na determinizm języka. On nie może być inny, tak jak nie może być inna tożsamość wyłaniająca się z cienia, światła, wilgoci i haustów powietrza.

Takie wiersze drażnią czytelnika, wracają w snach. I nie są to sny najlepsze. Takich wierszy się nie poleca. Bo to brzmi tak, jakbym komuś życzył, żeby rozbolał go ząb. Od bólu nie ma ucieczki, można go tylko tonować, rozpisywać na głosy – mówi nam młoda poetka, o której pewnie nieraz jeszcze usłyszymy.

 


Tekst opublikowany na łamach dodatku Kultura “Dziennika Gazety Prawnej” (31 grudnia 2009 r.). Dziękujemy za udostępnienie materiału.