Szkice

Impresje

ESEJE KRYTYCZNE

Paweł
 Kozioł
Wielka księga zabaw traumatycznych
Gdzieniegdzie u Honeta widzę świadomie podjęte ryzyko otarcia się o kicz. Dowodzenie świadomości jest w takich sytuacjach kwestią nieprawdopodobnie delikatną, dodam więc tylko, że wrażenie opieram na unikaniu podobnych szarży w dawniejszej twórczości. Honet prawdopodobnie dążył do tego, by tom baw się był – nazwijmy to neutralnie – niejednolity...

 

Dla Elizy, ot co

 

1. Test Honeta

Nie wiem, czy to zjawisko dotyczy samej poezji Romana Honeta, czy jedynie języka krytyki literackiej, powód do niepokoju jednak jest. Bo oto mam przed sobą trzy recenzje tomu baw się – autorstwa Mariana Stali, Andrzeja Franaszka i Sylwii Omiotek – a wszystkie naznaczone tym samym stygmatem liryzmu, piętnem “poezji o poezji”. Na początek przyjdzie więc zastanowić się nad tym, że wchodząc w reakcje z trzema różnymi osobowościami krytycznymi, twórczość Honeta wytrąca ten sam językowy osad (osad jest słowem kojarzącym się nieprzyjemnie).

Różnice czytelniczych strategii też trzeba nazwać. Najpierw Omiotek: jej własne cytowanie jako gra z cytatami w poezji Honeta (wolałem jego melancholię w czasach, gdy nie posługiwała się językiem pożyczonym od Bieńczyka; wolałem Honeta osobnego, albo też z cytatami, których nie umiałem rozpoznać). Jej strategia: szukanie odpowiedzi za pomocą cudzego głosu – w nadziei, że głos cudzy okaże się donioślejszy, że lepiej odda sprawiedliwość szanowanemu poecie. Wreszcie jej nazwa dla problemu, od którego zaczynam:

Poddać się dyktatowi dykcji poety to zgodzić się na groźbę ckliwości, patosu, pretensjonalności w końcu. Rzeczy ważne, rzeczy ostateczne, bo z takimi tu mamy do czynienia, pełniejszy, prawdziwszy kształt uzyskują w wierszach niż w krytycznej wypowiedzi.

Potem Franaszek: jego gra z nastrojem, dopisywanie do niego domniemanych faktów i własnych metafor, inkrustacja recenzji metaforami samego poety, wreszcie – nieśmiały sygnał znużenia (i już właściwie nie wiadomo, czyją to dykcją znużenie, przyswajaną poety czy własną recenzenta). I chociaż wiem, że krótkie, prasowe recenzje rządzą się nieco odmiennymi prawami (Franaszek pisze w “Gazecie Wyborczej”, Omiotek w “Wakacie”, Stala w “Tygodniku Powszechnym”), to podstawowe substraty tekstu są ze sobą sprzeczne: nazwany zachwyt i nie wyartykułowana pretensja. Wątpliwość, która nie znalazła ujścia.

Nareszcie Stala: gra z wizerunkiem poety, z “mocną aurą czyichś egzystencjalnych doświadczeń”, z obrazem Honeta dojrzalszego niż kiedyś, Honeta-mędrca. W skrócie: gra w postarzanie. Bo Stala pisze na przykład tak:

Trzeci tom Honeta nie jest ani tak mroczny, ani tak gwałtowny jak poprzednie. Tę przemianę [...] można traktować jako sygnał trudno uchwytnej, wewnętrznej ewolucji samego poety i podmiotu jego wierszy. Choćby: przejścia od zbuntowanej młodości do zrezygnowanej albo uspokojonej dojrzałości. Zresztą, jakkolwiek by nie było: obecne w książkach z lat 90. doświadczenie egzystencji w środku rozpadającej się rzeczywistości – zostaje [...] w znacznej mierze zastąpione przez zwrot w stronę przeszłości, w stronę świata, którego już nie ma. Inaczej mówiąc: tam, gdzie była ciemność, pojawia się sepia starych fotografii.

Spróbujmy sparafrazować – zaznaczając, że nie mówimy jeszcze o wierszach, tylko o wypowiedzi krytyka. A zastrzeżenie jest tu konieczne, ponieważ nie mogę oprzeć się ważeniu, że w formę komplementu Stala ubiera uwagi mogące świadczyć o tym, iż nowy tomik słabszy jest od poprzednich. Bo tak: poeta mówi ciszej. Stracił, czy w każdym razie stonował to właśnie, co wyróżniało jego głos (później pada zdanie: “wiersze Honeta cenię także dlatego, że bywają ciemne, enigmatyczne, hermetyczne”). Kolejny domniemany defekt: gdzie było doświadczenie, znalazło się coś, co doświadczeniem nie jest. I ta sepia, jak gdyby wiersz “golden boy” w tytule miał datę 1931 zamiast 1991, jakbyśmy byli w krainie opisów starych zdjęć i pocztówek, zamieszkiwanej raczej przez Dehnela niż Honeta. Jakby coś zastąpiono bezpieczną stylizacją.

Niewiedzy jeszcze więcej: co jest w tych tekstach krytycznych testem projekcyjnym, co osobniczą cechą, reakcją odruchową, a co świadomą strategią? Stylu i metod Franaszka właściwie nie znam; Omiotek pisze po swojemu, tylko bardziej (więc Honet jako wzmacniacz przystawiony do głowy?). Stala – tutaj niepokój wzmaga się, wskazówka na wyimaginowanym liczniku wchodzi w strefę czerwoną – Stala faktycznie wywołał jakieś duchy albo sepiowe klisze, na skutek czego mówi inaczej niż zwykle. Tu zaszła zmiana. I choć nie mnie osądzać, czyje właściwie pióro powołało do życia dagerotypowe zjawy czasu przeszłego, to siłę reakcji na poezję należy uznać za poświadczoną.

 

2. Zwierzyniec Baczyńskiego

W czasach, gdy leitmotivem rozmów o poezji stał się termin architektoniczny “nisza”, siła oddziaływania tekstu literackiego z pewnością zasługuje na szacunek. Po drodze wypadałoby jednak zdefiniować, co mamy na myśli, mówiąc o “tekście”, “oddziaływaniu” i “sile”, dookreślić relacje między tymi pojęciami, a także zastanowić się nad paroma sytuacjami niezbyt zgodnymi z intuicją. Choćby nad takim oddziaływaniem, które nie jest skutkiem jasno dającej się określić siły – lecz sytuacji, kiedy tekst się cofa, aby zostawić miejsce wyobraźni czytelnika, aby stać się rodzajem testu projekcyjnego. Honet – pomimo wszystkiego, co można powiedzieć o jego wyrazistej poetyckiej osobowości – jest kimś, kto oddziałuje przez cofnięcie się. Paradoksalnie przy takiej metodzie twórczej ceną wpływu jest to, że tekst sprawia wrażenie słabszego, niż mógłby być (niedostatek metody przeciwnej stanowi natomiast wrażenie przesadnego wysilenia).

Wzornik poezji okupującej oddziaływanie pewną niekonkretnością mógłby stanowić niejaki Krzysztof Kamil Baczński (spróbujcie choćby obejrzeć, jak wygląda u niego zdanie i to, co wchodzi na miejsce gramatyki – następstwo oderwanych fraz, montaż obrazów). Poezja Honeta wykazuje pewne podobieństwa z tym wzornikiem, a to głównie za sprawą łączenia estetyzującej metafory z obrazami okrucieństwa i rozkładu. Skutkuje to na przykład wizjami takimi, jak “wytrzewione kwiaty” (powtarzam: kwiaty, którym wypadają jelita; kwiaty z wrodzonym rozszczepem powłok brzusznych; kwiaty z pękniętą raną pooperacyjną). Są i konkretne frazy, ciągi kilku słów, gdy Honet wpada w obrazowanie żywcem wyjęte z wierszy wojennego poety: “przez mgłę widzę/ szkielety koni osmalone w biegu”. Albo to samo: “to nadbiegały zwierzęta zaszlachtowane w rzeźni,/ zwierzęta o kopytach dźwięczących jak trzos”.

Zwróćmy jeszcze uwagę na przepych słownictwa – zwłaszcza na splendor imiesłowów oraz przymiotników: “dźwięczący”, “osmalony”, “zmrożony”. Język Honeta najbardziej rozrzutny i rozpoznawalny jest właśnie w epitetach (Analogia z Dehnelem? A jaka? Dekoracyjność?).

Równie baczyńskie przykłady można u Honeta odnaleźć na drugim końcu emocjonalnego spektrum: “zobaczyłem lato, biel rozsypaną/ w ptakach i muzyce”. Albo w następującym przebarwionym opisie: “chłopcy/ noszący w oczach kobaltowy ocean i szpadę”. Albo we wszystkich drogich ingrediencjach, metalach szlachetnych bądź tylko kolorowych. Do dziedziny materiałoznawstwa przynależy też obserwacja, że w wierszach z tomu baw się uparcie powtarza się słowo “kruszec” – rzadziej niż “krew”, choć częściej na przykład niż “ekran”, “satelita” czy inne rekwizyty współczesności.

Język więc, podobnie jak u Baczyńskiego, jest bogaty i obfitujący w kontrasty. Siła oddziaływania ma zaś wynikać z pojawiających się w wierszu przeskoków między przeciwnymi biegunami wzruszenia. Na przykład: śmierć i dziecko, miłość i jady trupie, “ten blask kościołów w granacie witraży,/ ta cuchnąca szpitalna łuna” (zestawienie jak z końcówki wiersza Budynek Larkina). Proste, prawda?

 

3. Muzeum kiczu

Podobnie jak wszystkie proste zabiegi, także i ten wystawia na pewne stylistyczne niebezpieczeństwa. A Honet ich nie unika – raz, że dobrowolnie flirtuje z antyestetyką (naraz z brzydotą świata i z nadmiarem ekspresji), a dwa, że miejscami tomik jest zwyczajnie puszczony. I chociaż chętnie uwierzyłbym w legendę o poecie, który się nie spieszy i przez sześć lat niestrudzenie cyzeluje książkę, to po jej przeczytaniu zwyczajnie nie potrafię. Baw się to dobry tomik, lecz jak na mój gust zaszkodził mu pewien rodzaj abnegacji: przekonanie, że między kartką a wybierającym samotność autorem uchodzi wszystko.

Sprowokowałem? Zatem dokumentuję. Bo oto w książce, która powstawała przez sześć lat, pojawiają się fragmenty przeraźliwie niekonkretne:

być może wiszą jeszcze weselne lampiony
na brzegach tamtej rzeki, może lśni jeszcze
w deszczu tamten oddech. miliony dat
i twarzy (jedno pytanie – tęskniłaś?
i ta cudowna odpowiedź – tak)

Przytoczony passus nie daje nawet tej perfidnej satysfakcji, jaka wynika ze spostrzeżenia, że nawet z podejrzanych rekwizytów przywodzących na myśl cięcie się po nadgarstkach Honet potrafi stworzyć sensowny obraz – “obraz/tamtego lata – martwe ptaki w locie,/ technika – własna, osad krwi na szkle”.

Na marginesie dodam, że ten krwawy język znowu jest blisko Baczyńskiego, w dodatku tego w wersji najbardziej solennej: “Jeno wyjmij mi z mych oczu/ szkło bolesne – obraz dni,/ które czaszki białe toczy/ przez płonące łąki krwi”. Baczyńskiego, nad którym też zastanawiam się, czy miał świadomość, że wojna wyczynia z jego poezją rzeczy niepotrzebne. Ale dosyć dygresji, tego pytania nie rozstrzygniemy.

Jest tak: gdzieniegdzie u Honeta widzę jeszcze świadomie podjęte ryzyko otarcia się o kicz. Dowodzenie świadomości jest w takich sytuacjach kwestią nieprawdopodobnie delikatną, dodam więc tylko, że wrażenie opieram na unikaniu podobnych szarży w dawniejszej twórczości. Honet prawdopodobnie dążył do tego, by tom baw się był – nazwijmy to neutralnie – niejednolity. Kwestia wartościowania pozostaje tu jeszcze otwarta. Natomiast fragment o lampionach to głupawy, by raz rzecz nazwać po imieniu, melodramat, telenowela brazylijska bądź dekoracyjny Bollywood. Jaskrawy przykład, do czego prowadzi poezja zaimków i rodzajów gramatycznych. I jeżeli nie radzi sobie z nią nawet taki mistrz jak Honet, to z czystym sumieniem jeszcze raz mogę powiedzieć, że nie tędy droga. Że błąd może tkwić w metodzie, a nie w realizacjach.

 

4. Strona myśli

Czegokolwiek by nie napisać, jedno pozostaje pewne. Poezja Honeta spełnia się w stylu. Zdarzające się niekiedy wpadki nie mają tu zbyt wiele do rzeczy, gdyż komentuje się je z tego samego poziomu. Zazwyczaj to spełnienie w stylu jest olśniewające i nie potrzeba mu niczego więcej. Treść staje się tworzywem, wiersz – odpowiednikiem malarstwa niefiguratywnego. Większe potrzeby (czasami błędnie nazywane “wyższymi”) wyraża natomiast cała trójka wspomnianych na początku krytyków. Tu znów należy zadać podstawowe pytanie – co to jest? Proste sprawozdanie z zawartości tekstów, postulat, projekcja? A może dowód na prawidłowe działanie stylistycznej pułapki?

Najmniej, najbardziej nieśmiałym tonem dopomina się o coś więcej Franaszek (czegóż by chciał na miejsce monotonii)? Do treściowej, a nie tylko estetycznej istotności poezji Honeta bardziej przekonana jest Omiotek, która z cytatów buduje przestrzeń, gdzie wiersz sąsiaduje z mistycznymi traktatami (zauważmy pojawienie się słowa “traktat”, tak potrzebnego nam w dalszych rozważaniach). Na koniec Stala (bajka będzie długa):

Tytuły, jakie Honet nadał kolejnym częściom nowego tomu, mogłyby poprzedzać stare traktaty, porządkujące wybrane fragmenty ludzkiej mądrości (dotyczy to także najbardziej metaforycznego z nich, jeśli się już wie, że “chłopcem z jeziora żartów i utraty” nazywa poeta “boga”, pisanego małą literą, tak jak wszystkie inne słowa w tej książce).

Czy znaczy to, że autor tomu ubiera maskę mędrca? Nie, tego nie twierdzę. Chciałem tylko powiedzieć, że w słowach Honeta słyszę nieustanny niepokój i doznanie bolesności, towarzyszące gromadzeniu i odsłanianiu prawdy. O sobie, o świecie.

Zdaniem Stali Honet nie ubiera maski mędrca, a jedynie mówi jak mędrzec (nie jak filozof, nie jak inteligent pracujący). Czy nim jest – nie wiadomo, bo to kwestia tego samego rodzaju, co pytania o chiński pokój Alana Turinga. Przypomnę: klient tej szacownej instytucji wkłada przez otwór w drzwiach kilka chińskich znaczków, a po chwili otrzymuje na nie prawidłową odpowiedź. I nie jest w stanie stwierdzić, czy człowiek przebywający w pokoju zna język, czy tylko ściśle stosuje się do szczegółowych instrukcji (otrzymując sosenkę i domek, w tej właśnie kolejności, przynieś odpowiedź z szufladki piętnastej). Wracając do meritum: zdaniem Stali słowa Honeta da się czytać jak słowa mędrca.

Czytelnik – każdy czytelnik – ma prawo dać się złapać, przypisując głosowi płynącemu z tekstu coraz to bardziej zawrotne charakterystyki (zdaje się, że stan, w którym do tego dochodzi, nazywamy zachwytem). Główny problem polega wszakże na tym, że poezja Honeta nie tylko oddziałuje estetycznie, lecz także dyskretnie sprzyja patetycznym identyfikacjom w rodzaju tych, jakich dokonuje Stala. Albo jeszcze inaczej: są miejsca, w których sprzyja, i właśnie je przede wszystkim można kojarzyć z pewnym osłabieniem stylu:

kto jest po stronie myśli,
ten poznał lśniące imiona miłości
pozagrobowej, prowadzą go oczy
zwrócone zawsze w stronę minionego

Gdzie kończy się metafora, to znaczy mowa o lśniących imionach, tam natrafiamy na pusty przebieg, ten o oczach. Niestety to właśnie on chce być centrum, sednem, treścią wiersza. I to on, między innymi, jest wywyższany – takie bowiem charakterystyki miałby posiadać ktoś, kto jest po stronie myśli (co jest podobno lepsze niż bycie po prostu – skoro już pisze się lub czyta – po stronie tekstu).

Nawiasem mówiąc – czy na pewno wszystko, co w mózgoczaszce zachodzi, musimy nazywać myślą? Czy nie ma poręczniejszych pojęć pokrewnych na określenie strony, po której chce tu być poezja Honeta? Wiem wprawdzie, że słowo “rozpamiętywanie” brzmi o wiele gorzej, lecz przynajmniej nie wynosi ono na te zawrotne, filozoficzne wysokości. A filozofia to rodzaj choroby języka osobliwie niezgodny z tym jego stanem, który widzimy w najlepszych tekstach Honeta.

Przyjrzyjmy się jeszcze jednemu przykładowi “bycia po stronie myśli”. Wiersz nazywa się mistrz, a otwiera go piękny, nadmiarowy obraz:

rzędy jaskrów i zachód rozpięty wysoko,
na niebie fioletowym jak pulsowanie ptasiej fortecy
w phoenix. wyrzuć mnie jutro – szepczę
i mój szept świeci

Mówienie cicho, jakby się świeciło, to ponoć sprawa Wojaczka – ale mniejsza z tym. Ważniejsze, że po przejściu przez jeszcze kilka wizji (trasy tej nie będę odcyfrowywać, choć pierwsze wrażenie ostrzega, że są one sklejone ze sobą nader luźno), utwór zamyka się w sposób następujący:

mistrzem świata
jest ból – to oczywiste. to on
napełnia stadiony, porywa tłumy,
a one wybuchają, lgną, dają mu
płyny i mięso. mistrz powrócił – wołają.
mistrz znowu jest w akcji

Sprytna jest w tym fragmencie wersyfikacja, dzięki której nie do końca wiadomo, czy ostatnia linijka to jeszcze głos tłumu, czy już autorski komentarz. Co zaś się tyczy treści – Sylwia Omiotek zacytowała już Suskę (“Śmierć jest mistrzem jedynym na naszym podwórku”), ten odwoływał się do Fugi śmierci Celana i “mistrza z Niemiec”. Jest to myśl? Jest. Ogólna, kulturowa, lecz przecież nie będziemy o to rozdzierać szat (są przecież tacy, co myśl rozpoznają właśnie po podobnych zakorzenieniach). I nie wiadomo tylko, jak ta treść koresponduje z otwierającym wiersz obrazem, a po stronie myśli spodziewałbym się jednakowoż spójności.

 

5. Efekt Elizy

Pozorowana spójność kojarzy mi się następująco (skoro już było o chińskim pokoju, można powiedzieć coś więcej o sztucznej inteligencji). Eliza to program komputerowy napisany przez Jospeha Weizenbauma mniej więcej w połowie lat sześćdziesiątych (internetowa kwerenda zwróciła trzy różne daty, kilka kodów źródłowych oraz plik z regułami operacji na słowach i zdaniach, bardzo prosty). Konkretnie – Eliza to pierwszy, bardzo prosty program, który miał gadać do użytkownika. Jeszcze konkretniej – gadać jak zbierający informacje psychoanalityk, niestrudzenie zadając kolejne pytania.

Efekt Elizy (to za polską Wikipedią) zachodzi, kiedy stosunkowo prostym zestawieniom słów przypisujemy dodatkowe znaczenia. Iluzje sensu, które tkwią w naszych głowach. I nie wspominam o tym, by poezję Honeta w jakikolwiek sposób deprecjonować, gdyż po prostu ma ona taką właściwość, że stanowi ekran do wyświetlania czytelniczych lęków i oczekiwań (ciekawe, co za jakiś czas sam wyczytam z tego tekstu). Styl Baczyńskiego także wykazywał podobne projekcyjne właściwości i to jest chyba głębsze znaczenie paraleli, jaką proponowałem. Z punktu widzenia tekstu (jego opisu) prawie wszystko wydaje się być w porządku (wątpliwości z tego poziomu zostały już nazwane wcześniej).

Nie daje mi jednak spokoju wyświetlana przez Stalę i Omiotek figura mistrza, autora traktatów. Honet proponuje chyba zupełnie inną wersję intensywności, odmienny rodzaj olśnień. I dobrze mi z tym, choć zarazem rozumiem, że Honet mógł mieć dosyć zamknięcia w estetycznej formule, że w swej ostatniej książce mógł chcieć coś przekroczyć. O wiele gorzej jest wtedy, gdy widzę, jak się za to zabrał. Bo czasem z tekstu łypie na mnie pozłacane oko maski mędrca i mam nawet wrażenie, iż wiersze Honeta współpracują w jej nakładaniu, zamiast się przed tym bronić. Chwilami zdaje się, że za próbami przekroczenia obrazowości stoi na razie rola, a nie, hmm, jej zawartość.

 


Tekst opublikowano po raz pierwszy w czasopiśmie “Wakat”, nr 3/2008. Dziękujemy Redakcji za zgodę na przedruk.